Poczucie winy a inne emocje
Poczucie winy to informacja, że zrobiłam coś źle. Inaczej niż wstyd, który – jak pisała Dorota w 9. odcinku – odnosi się do człowieka jako całości, poczucie winy dotyczy tego, co robimy. Jest to zatem różnica pomiędzy „jestem zły” a „zrobiłem coś złego” lub „nie zrobiłem czegoś dobrego”.
Poczucie winy nie jest przyjemne, ale może być pomocne, gdyż motywuje nas do tego, by przeprosić innych, coś naprawić czy też zmienić własne zachowanie. Innymi słowy po informacji „zrobiłem źle” powinno pojawić się pytanie „jak teraz zrobić dobrze?”. B. de Barbaro tak to rozwija „Należałoby sprawdzić, w czym się nawaliło, gdzie i dlaczego. I na tej podstawie stworzyć system wczesnego ostrzegania czy system hamulcowy, żeby już tego nie powtarzać w przyszłości. To rozwojowe skonsumowanie sytuacji. Niektórzy po to idą do spowiedzi. Dobry spowiednik zatrzyma się na tym, dlaczego ktoś „trwa w grzechu”, wciąż go powtarza.”
Poczucie winy nie jest emocją sensu stricte lecz jest wynikiem emocji, które w nas się rodzą, gdy zrobimy coś źle (intencjonalnie bądź nie). Te emocje to strach – przed reakcją innych, przed konsekwencjami, przed możliwą utratą relacji z tym, komu wyrządziliśmy krzywdę lub szkodę – oraz złość, którą przekierowujemy na siebie.
Zdrowe a chore poczucie winy
Wina może być subiektywna i określać mój stosunek do tego co zrobiłam czyli to ja subiektywnie oceniam mój uczynek jako zły. Wina może też być obiektywna, gdy złamałam przepisy, obowiązujące normy. Można się też do czegoś przyczynić lecz nie być za to winnym, jak w przypadku listonosza, który doręcza komuś przesyłkę z trucizną.
Jeśli jednak – mimo braku możliwości zapobieżenia tragedii – wspomniany listonosz czuje się winny, to mamy do czynienia z nadmiarowym tzw. „chorym” poczuciem winy. Nadmiarowym względem wpływu jaki rzeczywiście mamy na zmianę biegu wydarzeń. Rzeczywista wina jest bowiem tylko wtedy gdy mogłem zapobiec złu. „Mogłem” rozumiane jako rzeczywista możliwość w ramach mojej świadomości na tamten moment.
A jednak wielu z nas ma tendencję do katowania się w takich sytuacjach myślami „a mogłem nie zanieść” lub „gdybym wtedy zachorował” – tak jakby rzeczywiście było w naszej mocy przewidywanie przyszłości i zmienianie biegu wydarzeń by zapobiec wszelkim nieszczęściom. Nie mamy takiej mocy, wiemy to – dlaczego zatem tak łatwo o tym zapominamy i z automatu zaczynamy się obwiniać za to, na co nie mieliśmy wpływu?
Może zbyt często słyszeliśmy będąc dziećmi komunikaty typu „mogłeś pomyśleć”, „dlaczego się najpierw nie zastanowisz”, „przecież to było do przewidzenia, że tym się skończy to twoje… (bieganie, zabawa, roztrzepanie)”, „to przez twój brak wyobraźni” itp.
Jeśli w naszych domach dominował karcący sposób wychowania albo odrzucający czy lekceważący, to poczucie winy będzie nam towarzyszyło stale, nie tylko w dzieciństwie, ale i w dorosłości. Cokolwiek zrobimy lub nie zrobimy, w naszej głowie zostanie ocenione (zbyt surowo) przez uwewnętrzniony głos „rodzica”. Każdy z nas ma w sobie taki głos lecz chodzi o to, by go mieć w zdrowych proporcjach – ci, którzy zmagają się z chorym poczuciem winy słyszą go zbyt często i zbyt głośno. Z drugiej strony są też tacy, którzy słyszą go słabo lub w ogóle – wtedy możemy mówić o antyspołecznym zaburzeniu osobowości (dawniej nazywano takie osoby psychopatami).
Chore poczucie winy powoduje, że nawet, gdy już naprawię to, co zrobiłem źle, nadal się obwiniam. To z kolei prowadzi do wycofywania się z relacji, a czasem w ogóle z działania. „Poczucie winy, w którym się utyka, to zaprzeczenie sprawczości – wszystko to moja wina, ale taki już jestem i nic na to nie poradzę.” (B. de Barbaro)
Nadmierne poczucie winy może również wynikać z nadmiernych wymagań, które generalnie stawiamy sobie w życiu. Jeśli mamy potrzebę być zawsze perfekcyjni i idealnie wywiązywać się ze wszystkich zadań i ról życiowych to każde uchybienie tak ambitnym założeniom niechybnie doprowadzi do poczucia winy. Podobnie jeśli nie ma w nas zgody na popełnianie błędów, poczucie winy będzie u nas częstym gościem.
Droga wyjścia z powyższego nie jest łatwa, bo zakłada wyjście z… pychy. Zaskoczony? A jednak, nasze nadmierne obwinianie się ma związek z byciem zbyt pysznym, by zaakceptować własne ludzkie niedoskonałości i ograniczenia. Tymczasem z natury jesteśmy krusi, dlatego potrzebujemy i mamy prawo do współczucia sobie i kochania siebie samych. Gdy przyjmujemy na siebie za dużo – wymagań, odpowiedzialności, winy – nie jesteśmy w trosce i miłości do siebie.
„Było późno i byłam strasznie zmęczona, ale nie mogłam odmówić dziecku pójścia z nim do sklepu jeszcze tego wieczoru, bo czułabym się winna.” – znasz to? Zapewne. Tak jak wielu rodziców, którzy tkwią w przekonaniu, że muszą odpowiadać na wszystkie prośby dziecka niezależnie czy mają na to wystarczające zasoby czy nie. A potem – ponieważ zasoby zawsze w końcu się wyczerpują – nie wytrzymują presji bycia idealnym rodzicem i obwiniają się jeszcze bardziej. Błędne koło.
Tymczasem dobry rodzic to nie ten, który spełnia wszystkie prośby lecz ten który uczy stawiania granic. Zatem dobrą strategią dla rodziców jest zgoda na wyjście z idealistycznych wyobrażeń i na spotkanie się z rzeczywistością oraz uznanie ograniczoności zasobów i wartości stawiania granic.
Nadmierne wymagania można porównać do umowy, którą zawarłeś z samym sobą na niekorzystnych dla Ciebie warunkach. Zatem to, co trzeba zrobić, to ją renegocjować i zmienić zapisy na takie, które będą Ci lepiej służyć. I będzie to z pożytkiem nie tylko dla Ciebie, ale i dla Twoich dzieci oraz wszystkich ludzi wokół. Naprawdę.
I naprawdę możesz to zrobić, bo na dole takiej umowy w obu miejscach na podpisy widnieje Twój podpis. To Ty umówiłeś się sam ze sobą, że będziesz idealnym rodzicem lub że zawsze będziesz do dyspozycji Twojego przyjaciela lub że ogólnie będziesz wyrozumiały w kontaktach z ludźmi i nigdy nie pokażesz im swojej irytacji, bo „życie jest piękne, więc po co marnować je na złą energię”.
Poczucie winy a związki
Osoby, które mają w sobie głos „jestem nie ok”, w dorosłym życiu często wybierają na partnerów tych, którzy są dla nich podobnie karcący jak ich rodzice. Wynika to z tzw. przymusu powtarzania czyli szuka się kogoś, kto pomoże odtworzyć sytuację z dzieciństwa w nadziei, że ten „nowy rodzic” da mi miłość, której nie dostałem w dzieciństwie i wszystko uleczy, zarówno to, co jest jak i to, co było. Oczywiście, to wszystko dzieje się w sferze nieświadomej takiej osoby. I nieświadomie taka osoba będzie prowokowała swojego partnera do zachowywania się teraz tak jak jej rodzic kiedyś. Przykładowo jedno ciągle mówi „to wszystko przeze mnie, jaki jestem do niczego”, drugie się wkurza, na co to pierwsze dostaje dowód, że jest do niczego – i błędne koło się domyka. Niektórzy tego nie wytrzymują lecz są też tacy, którzy w tym tkwią latami.
B. de Barbaro nazywa taki układ tańcem krzywdowiny. Krzywda i wina to wbrew pozorom dwie strony tego samego medalu. Są ludzie, którzy mają głównie poczucie winy podczas, gdy ich partner ma głównie poczucie krzywdy czyli dopełniają się w tym swoim tańcu. Są jednak też tacy, którzy czują się naprzemiennie krzywdzeni i winni czyli tańczą zamieniając się miejscami. Ktoś czuje się skrzywdzony, bo czegoś nie dostał i zaraz zachowuje się z tego powodu tak agresywnie, że potem czuje się winny. I odwrotnie, ktoś czuje się winny, więc projektuje winę na drugiego – i już czuje się skrzywdzony. A poczucie winy ma taką przewagę, że daje poczucie wyższości moralnej.
Niestety im więcej krzywdowiny tym mniejsza satysfakcja z życia i brak poczucia wpływu.
Jak to przerwać? B. de Barbaro, który jest doświadczonym terapeutą rodzinnym, radzi, by zatrzymać się w tym tańcu i zmienić kroki. Zacząć od nazywania rzeczy po imieniu, komunikacji wprost na temat tego co się między nami dzieje np. „Mówisz do mnie tak, bym czuł się winny, ale ja nie czuję się winny. Jesteś miły, mądry, fajny, interesujący…. Nie grajmy w obwinianie.” A potem zamienić wyjątek w regułę i wyrobić w sobie nawyk patrzenia kolistego zamiast przyczynowo-skutkowego, bo to drugie, choć słabo opisuje rzeczywistość interpersonalną, jest niestety bardzo powszechne w naszych relacjach i to do niego sięgamy intuicyjnie by opisać to, co się między nami dzieje.
„Myślenie koliste jako alternatywa dla myślenia przyczynowo – skutkowego, umożliwia nam postrzeganie wzajemnych relacji na zasadzie konstelacji wpływających na siebie zdarzeń. W przeciwieństwie do myślenia przyczynowo – skutkowego, które prowadzi do szukania przyczyny i winnego za to co dzieje się w relacji, myślenie koliste prowokuje do obserwacji sprzężeń zwrotnych i do zrozumienia wzajemnych zależności, które mogą zmienić się tylko przy obustronnej współpracy i chęci osób. Jeśli to się uda to mamy większe szanse, by zapobiec dalszemu ciągowi zranień, pretensji i krzywdzenia. Co więcej myślenie koliste nie tylko umożliwia wyjście z takich szkodliwych schematów, ale też buduje w nas ogólną wrażliwość na złożoność wzajemnych oddziaływań w każdej relacji, którą budujemy z innymi ludźmi, nie tylko z najbliższymi.” („7 przykazań rodziny” B. de Barbaro)
Życzę Tobie czytelniku / czytelniczko wielu pomyślnie renegocjowanych umów z samym sobą oraz sokolego oka w dostrzeganiu sprzężeń zwrotnych w relacjach.
Hanna Miecznikowska, psychoterapeutka Jestem Żyję
w opracowaniu korzystałam z:
B. Brown „Dary niedoskonałości”, A. Jucewicz „Czując”; E. Walendzik „Zdrowa wina a chore poczucie winy”; B. de Barbaro „7 przykazań rodziny”
autor zdjęcia: Piotr Kiembłowski